Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 841 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Śniadanie na śniadanie, czyli kolacja z Brzydulą Betty.

poniedziałek, 31 marca 2008 9:26

    Była impreza. Znowu. Kulturalna. Nawet dzieci się świetnie bawiły (malowały jajka i przy okazji parkiet). Grono było jak zwykle to samo, ale...


    Na imprezie pojawiła się Małgosia, nasza dobra znajoma. W środowisku znana jak Królowa Castingu. Była prywatnie oczywiście, ale kiedy zaczęła opowiadać, jakie produkcje wkrótce ruszają wszyscy, ale to absolutnie wszyscy (nasi partnerzy dokładnie) dostali „palmy". Wtedy zobaczyłam, co telewizja robi z człowieka, zwłaszcza późno wieczorem. Niby nic, leci ABBA, Maleńczuk i... nagle wszyscy panowie chcą do trójkąta, trójkąta z TVN-em, Polsatem, nawet z telewizją „Trwam". I się śmieją, płaczą, żeby pokazać wszystkie możliwości. Dramaturg też zapadł się przez chwilę w sobie, żeby pokazać głębię. Bąkał, że on by chciał zagrać bohatera skłóconego z życiem. Próbował się dla przykładu pokłócić ze mną, ale nie dałam się wkręcić. Okazało się, że wszystko już było. Koło północy Tomek nieśmiało... Czy nie byłoby czegoś dla niego w jakiejś nowej produkcji? Małgosia ma poczucie humoru, więc przyznała, że owszem, może coś w „Brzyduli Betty", bo właśnie trwają castingi. Nie zraziło go to i swoje, że on koniecznie, ale to koniecznie, chciałby wypełnić lukę w polskiej kinematografii i wpasować się dyskretnie pomiędzy Żebrowskiego i Zakościelnego. Dostał szału. Podawał Małgosi chlebek z masełkiem, z solą, z szyneczką (post był akurat), a to wszystko w afekcie. Nawet na tę okoliczność się ubrał, żeby Małgosię odprowadzić do samochodu, a że ubierał się strasznie długo, więc zdaje się, że ma szansę wyłącznie na „Grzebułę Betty". Koło pierwszej Dramaturg schował się do szafy, bo chciał zagrać w „Lśnieniu", Tomek już wykręcał numer do Zanussiego (jako intelektualista Betty oczywiście), a Bałwanek (Arcymistrz w brydżu i na parkiecie) tylko patrzył na Małgosię ukradkiem i czekał na propozycję. Wrócił ostatnio z rozgrywek w Detroit (USA), więc miał wszystko w dupie. I kiedy Dramaturg brał do ręki nóż, a Tomek okulary, Bałwanek nie otwierając ust ( teraz jest w kinie taki trend), wycedził, że on bardzo chętnie wystąpi w nowej produkcji pod tytułem „Tylko wstać i jebnąć", co po angielsku brzmi lepiej „Just stand up and beat". Wszystkim panom się to bardzo spodobało, bo nagle każdy choć raz chciał to zrobić. Stanęło na tym, że trzej panowie wystąpią w nowym programie porannym „Śniadanie na śniadanie", w którym to Małgosia przedstawi ich, jako nowe twarze polskiego show biznesu, z przewagą „szoł". Tylko  trzeba zachęcić jakąś stację. TVN lubi ładnych, więc odpada. TVP lubi zdeklarowanych i religijnych, więc bez szans, może POLSAT? Bałwanek chciał TVN Style (co to Ameryka robi z człowieka), ale wyszło na to, że zostaje im jakiś kanał sportowy, bo to zdeklarowani kibice Legii Warszawa. Małgosia obiecała, że przemyśli sprawę, a panowie uznali, że aktorstwo to ciężki kawałek chleba i że jeśli ktoś rzeczywiście załatwia sobie rolę na imprezie, to oni chcą go poznać. My oczywiście tłumaczyłyśmy panom, że mogą próbować załatwić to przez łóżko, ale oni, nie wiedzieć czemu, nie chcą uczciwie zrobić kariery. Ja to rozumiem.  Małgosia nie dała się sprowokować. Zatańczyła co prawda chyba z każdym po jednym tańcu, ale naprawdę, te mendy wyjątkowo się na nią uparły. Poza tym leciał Frank Sinatra i jego „My way", więc jest szansa, że chłopcy wrócą do tematu przy następnej imprezie i zrobią to po swojemu. Razem z dziewczynami uznałyśmy, przyglądając się oszalałym z chęci robienia kariery chłopcom, że jedyne, co nam pozostało to być wiernym sobie (kobietom mam na myśli), bo nigdy nie wiesz, z jaką brzydulą przyjdzie ci  się kiedyś użerać .


P.S.1 Dziękuję wszystkim bardzo za czytanie i komentowanie moich wpisów. Wkrótce odpowiem na nie bardziej szczegółowo.


P.S.2 Swoją drogą taki program „Tylko wstać i jebnąć" to może być hit, czyż nie?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Święta Wielkanocne, czyli radosna beznadzieja

sobota, 22 marca 2008 0:00

    Nie lubię Świąt Wielkanocnych. Nie lubię świąt państwowych. I niedziel też nie lubię. Z dni wolnych lubię tylko Boże Narodzenie i swoje urodziny. I urodziny mojej córki (na jedno wychodzi, zawsze są ci sami goście). Moja mama twierdzi, że to przez zepsucie, a moja ciocia, że przez brak spowiedzi (też na jedno wychodzi).
    Zawsze kombinowałam w te święta. Dramaturg twierdzi, że kombinuję cały czas, ale on ostatnio szuka zaczepki.
    Kiedy byłam mała mieszkaliśmy naprzeciwko fabryki, a konkretnie tkalni, i te krosna dzień i noc strasznie „dawały". Ja to uwielbiałam, ten masakrycznie cudowny huk... Więc kiedy przychodziła niedziela dostawałam szału i byłam bardzo smutna. Trochę mnie przez chwilę bawił Zorro, ale potem był dramat. A jak przychodziły Święta Wielkanocne to nie było nic. Cisza. W Boże Narodzenie chociaż kolędy i szelest rozpakowywanych prezentów, w Wielkanoc cisza. Zorro też umierał na Wielkanoc. Dlatego, kiedy tylko mogłam decydować o swoim losie, czyli tak koło trzydziestki, uciekałam na Wielkanoc. Jak zajączek. Hyc, hyc, hyc... Jedna z moich najpiękniejszych ucieczek to Wielkanoc u Barańskiej w Szamotułach, u jej rodziców. Siedem lat temu. Był Kowman (nasz cudowny przyjaciel), była Dancewicz, byłam ja i nasze dzieci. Było jeszcze parę innych osób, ale dziś spędzają święta gdzie indziej, więc przez delikatność ich pominę. Było uroczo. Rodzice Barańskiej poszli spać do hotelu. W końcu, gość w dom, Bóg w dom. Ja zrobiłam schab, Barańska pstrąga w cytrynie, Dancewicz nugat. Kowman podejrzewał ją, że w końcu nakupowała snikersów i zmieszała, ale to nieprawda. Udał jej się. Był indyk. Byli rodzice Barańskiej czekający w kuchni rano, kiedy się obudzimy. Były karty (graliśmy do nieprzytomności). Były nasze dzieci, które ze względu na złe zachowanie straszyliśmy wysłaniem „na cargo" do Warszawy... Dzieci szły spać, a my opijaliśmy swoje dziesięć lat znajomości i swoją przyjaźń. Były konie (Barańska i Dancewicz świetnie jeżdżą, ja nie) i był słynny upadek z konia Renaty, który skończył się wizytą w szpitalu. Dziś mówią o tym w Szamotułach, że koń ją poniósł... W pewnym sensie wszystkich nas w te święta poniosło.
    Ale najważniejsze było to, że wszyscy, ale to wszyscy, nawet Kowman, byliśmy w kościele święcić jajka. Bo wiara wiarą, przyjaźń przyjaźnią, ale jest jeszcze tradycja, tak często mylona przez nas z pretekstem.
    Kolejna Wielkanoc to Justa i jej dom, i ja, i moja córka, i Komorów. Następna to Wilno (to już czasy Dramaturga), i dom Mickiewicza, i cerkiew, i nasza miłość, i takie tam... Teraz jadę do mamy (zbliżam się do czterdziestki). Nie wiem jak będzie. Ale wiem, że nie będzie Renaty, Justyny, Oli i Dramaturga (ma dyżur). Nie będzie też Zorra .
    Andre Compte-Sponville - francuski filozof (mam do Francuzów pociąg duży), użył terminu „radosnej beznadziei" w odniesieniu do stanu, w jakim się znajduje - na niektóre rzeczy nie masz wpływu, więc cieszysz się każdą chwilą. Więc podążając za Francuzem mogę spokojnie powiedzieć, że odkąd pamiętam wszystko mnie cieszy, a te święta zwłaszcza.
    Dziś oglądałam wypowiedź Paprockiego i Brzozowskiego (duet od mody) na temat tego, co jest „trendy" i jeden z nich powiedział, że „być trendy" oznacza mieć obok siebie od lat tych samych przyjaciół . Więc jestem zajebiście trendy. Czego wszystkim na te święta życzę.

P.S.  Ze względu na Wielkanoc użyłam terminu „krosna dawały" zamiast „krosna napierdalały".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (166) | dodaj komentarz

Bomba, czyli historia o przywiązaniu

poniedziałek, 17 marca 2008 8:32

    Pamiętacie, jak się kiedyś się mówiło? Jak coś było żenujące, mówiło się: „Dajta trumnę, bo ja umrę". Albo „Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Gierek ma, to ci da". Albo waliło się kolegę w głowę i mówiło „golona". Tak przynajmniej było na Mazowszu (Tomaszów Mazowiecki). Do dziś mi zostało parę takich pereł. Bo, na przykład, na pytanie „co?", zawsze odpowiadam „gówno" (w domu przynajmniej). Dramaturg zwija się z żenady, bo u niego (Radom) mówiło się jakoś tak bardziej z klasą. Na przykład, jak ktoś powiedział „gówno" to się odpowiadało „zjedz go równo" i jeśli dalsza dyskusja miała sens, to się kończyło „weź na ramię, zanieś mamie". Nie wiem, w Tomaszowie załatwialiśmy to widać bez klasy, ale może to region bardziej rodzinny, więc z matką pewnie by nie przeszło.
    Ale chyba wszędzie mówiło się, że coś jest bombowe, że ktoś jest seks-bombą, że jak coś jest absolutnie fascynującego to... bomba. Prawda jest taka, że ja tak nie mówiłam, nie składało się jakoś. Ale generalnie chodziło o coś genialnego. Dziś mówi się na to „masakrycznie dobre" (ja tak mówię), albo zajebiste (ja tak mówię), albo „masakrycznie zajebiste" (ja tak mówię), albo po prostu niezłe (tak mówi Dramaturg). Bomba zawsze kojarzyła mi się z Brombą (genialna bajka Wojtyszki), albo z historią (Hiroszima), albo z czymś, co jakiś kraj ma, ale nie wiadomo, który lepszą. Dziś bomba kojarzy mi się ze spotkaniem. 
    Bo „Bomba" to jest spotkanie. Dla mnie. Spotykasz kogoś i chcesz się dalej spotykać. Dla mnie to jest ważne. Ja się przywiązuje. Tak, jak się przywiązałam do Dramaturga. Tak samo się przywiązałam do Koneckiego i Saramonowicza, którzy z wielką determinacją pracują ze mną od lat. Tak samo, jak się przywiązałam do Maćka Kowalewskiego, z którym pracuję od lat. Do Dancewicz, Barańskiej i Justy, z którymi piję od lat. I do Marysi Seweryn, i do Eli Jarosik, i Tomka Tydyka, i Mohra, i Muchy, i Pati, i Rózgi, i Derechy, i Olszówki... Nie jest łatwo pracować razem. Ale jak trudno jest się napić potem wódki!... Żeby się nie zmuszać. Wierzcie mi! Żeby potem rozmawiać ze sobą przez telefon po nocach (Dramaturg za to wszystko płaci). Dancewicz mówi, że jak na kimś jej zależy, to się bardzo na tego kogoś wkurza. Ile razy to słyszałam: „Tak mnie wkurwiasz, że chyba cię kocham". Czy to nie jest bombowe, proszę państwa?
    Na premierze „Bomby" Tomek Karolak z wdziękiem zagadnął Mariana Kociniaka: „Panie Marianie, musimy się dziś napić". Marian z klasą: „Nie mogę, prowadzę". Karolak z wdziękiem: „Panie Marianie, nie może tak być! Kiedyś będę szedł na Powązkach Aleją Zasłużonych i zobaczę ogromny napis na nagrobku... Marian Kociniak. Aktor. I powiem, piłem z nim".
    To był argument. To był argument naszego pokolenia. Nie wiem, czy w końcu pan Marian się napił z Karolakiem, ale warto było. I to jest takie spotkanie. Tego teatru, o którym marzyliśmy i o którym czytaliśmy. Tego filmu, który nam się śnił. I tych ludzi, którzy z nami są i będą. Za to uwielbiam chłopców (Koneckiego i Saramona), że umieją „ludzi ze sobą spotkać". Że dziś gadałam z Różdżką cztery razy.
    Ostatnio w przerwie spektaklu „Bomba" w Teatrze na Woli Maciek Kowalewski powiedział, patrząc na nas (mam na myśli aktorów): „Ale ja mam wspaniałych aktorów!" Na co Arek Janiczek, paląc fajkę dodał: „No!... Jakby tak kałachem rozpierdolić, to żaden plan nie rusza jutro." Myślę, że nie tylko plan, ale też na przykład taka szkoła w USA, w której się uczy Ania Mucha... Anka, wracaj! Jesteś Polką! Chyba, że kogoś tam spotkałaś... Ja tam byłam i nie spotkałam. Ale ja jestem starsza... Ania, jaki to ma sens: „It's fucking really good" w porównaniu do „To jest zajebiste"! Albo „bombowe"!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (73) | dodaj komentarz

Szafa

poniedziałek, 10 marca 2008 11:25

    Dramaturg kupił szafę! Taką rozsuwaną, jak kurtyna. Za swoje pieniądze, bo... ja już nie mam. Powiedział, że będzie mi dzierżawił połowę, w ramach kary za rozrzutność. Świnia. W ramach dzierżawy mogę wystawiać w tej szafie jakieś show, najchętniej rozbierane (dramaturg wie, co najbardziej ludzi kręci). Ja się oczywiście mogę rozebrać, w końcu jestem aktorką, ale problem w tym, że ja nie mam z czego. Ja nie mam nic do ubrania! Dramaturg mi nie wierzy, oczywiście. Myśli, że ja go kokietuję, itd. Taka niby gra wstępna. Jak Super Express napisał, że kupuję na wyprzedaży, to się nawet ucieszył. Że zmądrzałam. No i że jestem taka sławna, że piszą o mnie. Nie ćpam, nie uprawiam seksu w samochodzie, nie całuję się z dziewczynami, tylko kupuję kurtkę narciarską. No chociaż to. Ale jest to jednakowoż żenada, bo akurat wyprzedażą się brzydzę. Ale normalną sprzedażą nie. Wczoraj rano telefon. Pani Emilia: „Pani Izo, pamięta mnie pani? Rok temu oglądała pani moje mieszkanie, 100 metrów... I ja go właśnie sprzedaję. Milion czterysta..." Ja, a właściwie mój głos: „Oczywiście, chętnie... Jutro?". Dramaturgowi skoczyło ciśnienie: „Jakie mieszkanie? Jakie jutro?... Ciebie kompletnie popie....?! Przecież my już mamy mieszkanie! Na raty!!! My już mamy i mieszkanie i kredyt i kota i lekarza rodzinnego. Mamy już stół i szafę! Iza, na litość boską!"

    Już kiedy moja matka zwracała się do mnie po imieniu nie było dobrze, więc teraz też wesoło nie było. Ale walczę. „Kochanie"- zawsze tak zaczynam, jak nie wiem, co powiedzieć. „To nie znaczy, że ja teraz wychodzę i kupuję to mieszkanie. Ja po prostu chcę je tylko obejrzeć." I już zaczynam się drzeć, zawsze tak się kończy. Moim zdaniem można się kłócić, można się na siebie drzeć, ale to wszystko musi mieć klasę. A jak to ma mieć klasę, jak ja jestem niezadowolona ze swojego wyglądu? Bo nie mam nic nowego na sobie. Nic z klasą, nową klasą.

    To nie jest kwestia histerii. To jest kwestia wieku i pogodzenia się z nim. Ja jestem pogodzona ze sobą i zgadzam się ze sobą i ze swoim ciałem i w ogóle. Nie zgadzam się tylko, że nie mam czegoś do włożenia fajnego, a idzie wiosna. Razem z wiosną depresja. Ciężko pracuję, biegam do teatru, do filmu i stać mnie tylko na dzierżawę szafy?

    „Trzeba było zatańczyć na lodzie"- Dramaturg bije poniżej pasa. „Ubraliby cię ładnie"- Dancewicz też mnie nie oszczędza. „Zarobiłabyś pieniądze, mamo" - moja córka mnie nokautuje. Dramaturg twierdzi, że moim problemem jest to, że chcę mieć wszystko, tylko nie bardzo mnie na to stać. Ostatnio wymyśliłam, że na starość dobrze byłoby mieć kawałek ziemi, najlepiej w Sopocie. Dancewicz zadzwoniła, że jest mieszkanie i ona się zorientuje i kupimy na pół. Byłam zachwycona. Ale godzinę później okazało się, że to mieszkanie kosztuje tyle, ile nasze dwa mieszkania razem, więc po prostu odpuściłyśmy. Ale Dramaturg wziął Xanax , na wszelki wypadek. Taki żart sobie zrobiłyśmy. Oczywiście mogłabym pójść, tańczyć na tym lodzie. Mogłabym nawet wystąpić w Cyrku (taki nowy show), tylko... No właśnie!

    Więc wygląda na to, że pozostaje mi szafa. A propos, przypomniały mi się czasy łódzkiej filmówki, kiedy to podczas fuksówki Dancewicz musiała się zamykać w szafce na korytarzu, potem ją otwierać i śpiewać Ewę Demarczyk. Mnie to bawiło na maksa, ją chyba mniej. Więc już wolę moją szafę, tzn. Dramaturga. Ale Dramaturga jest też stół, więc wychodzi na to, że ja po mieszkaniu będę chodzić i robić show. Trzeba było jednak oszczędzać. Ale ja nie umiem. Moja matka zawsze twierdziła, że ja się niczego nie dorobię, jak będę tak gospodarować pieniędzmi. Tak samo, niestety, mawiał mój były mąż, ale to akurat dzięki niemu straciłam wszystko to, co oszczędziłam. Więc jest to przykład zły.

    Kiedy zacznę oszczędzać będzie to moja największa porażka. Znak, że absolutnie nie akceptuję siebie. Mam taką wizję nawet, że Dramaturg zamyka mnie w szafie na zawsze. Na wszelki wypadek nigdy nie robię w niej porządków, żeby głębiej nie zaglądać. U Dramaturga ład, jak w greckiej tragedii. U mnie burdel, jak w polskim kinie. Są jeszcze nasi rodzice, czyli chór. W sumie cyrk.

    Dramaturg odłożył kolejne pieniądze... Na regały na książki. Jest szansa, że będę po nich skakać. W ramach dzierżawy oczywiście.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

Góralka Halka, czyli ostatni zjazd.

poniedziałek, 03 marca 2008 10:37
    Jest taka piosenka: „Góralko Halko, jasny piękny mój kwiecie, tobie jednej na świecie, powiem, co to jest żal".
Zawsze wtedy płaczę, bo mi się to kojarzy z wielką miłością i niespełnieniem. Dramaturg wyje ze śmiechu, bo jemu to się akurat chyba z niczym nie kojarzy. No może trochę z seksem. No więc siedzę na stoku, patrzę na góry, góralek nie ma, górali trochę. Tego się akurat obawiał najbardziej Dramaturg. „Już ty lepiej zjeżdżaj, niż masz tak siedzieć i się z góralami zadawać". Ale ja nie chcę zjeżdżać! Czy ktoś to potrafi zrozumieć? Nienawidzę nart!!! Nienawidzę tej szybkości!!! Boję się!!!
Próbowałam. Parę lat temu. Rabka. Najlepszy sprzęt. Firmowy. Wyglądałam dobrze, w sklepie. Już w górach coś mi się przestało zgadzać. Skończyło się na paru lekcjach z instruktorem. Jedno dobre to to, że instruktor przystojny jak sam pan Bóg. Więc i te lekcje jakoś schodziły. Nawet kiedy wróciłam do Warszawy, to jeszcze pisał do mnie, ale niestety z błędami ortograficznymi, więc nie ciągnęłam tego dłużej. Dramaturg też się z tego śmiał, nie chciał się bić, więc nie było sensu. Nie byłam niczyją Halką. Troszkę mi się polepszyło, jak przyjechała Justa (aktorka). Najpierw złamała palec, potem pojechałyśmy do szpitala, potem do apteki, a potem była już noc i jedno, co pamiętam,  to jak pani w aptece nie mogła się nas doprosić, abyśmy cos kupiły, bo leżałyśmy z Olką pod okienkiem i tarzałyśmy się ze śmiechu. Olka już wtedy była matką czwórki dzieci. Ale wróćmy do Karpacza!
    W tym roku, w Karpaczu, postawiłam na intelekt. Chudecki twierdzi, że na takie intelektualistki mówi się w Krakowie „Przekurwy". Ale dobra! Czytam książki, palę fajki, piję czerwone wino i spoglądam na góry. Moja córka zjeżdża ze stoku. Cały naród zjeżdża. Najpierw czeka w kolejce godzinę, a potem zjeżdża 3 minuty, ale warto.
    Ja naprawdę nie znajduję żadnej przyjemności w ubieraniu tych ciężkich butów, gramoleniu się na stok i drżeniu na samą myśl, żeby się nie wypieprzyć z wyciągu. Jak pewien mężczyzna, który trzy razy próbował i za każdym razem zatrzymywano orczyk i wszystkie góry patrzyły na niego z obrzydzeniem. Potem widziałam go jeszcze, jak stał obok mnie i palił papierosa nerwowo. Może on też zrozumiał wtedy, to co ja. To znaczy, nic na siłę. Może to też był jego ostatni raz, właściwie ostatni wjazd.
    W tej piosence leci dalej: „Choć serce kooocha, jakaś dziwna tęsknota, twoje serce omota ..." Więc czytam książki i piszę do Dramaturga, że go kocham. Dramaturg próbuje ratować moje ferie: „Wypożycz może narty jednak..." Kończy się awanturą. „Sam sobie wypożycz! Co ty w ogóle wiesz o nartach?" Dramaturg na to: „ Ja jeździłem na nartach, jak ty..." I tu się akurat zagalopował, bo jest młodszy ode mnie. Zasypiam niezadowolona.
    A propos wieku, idę do kosmetyczki, potem na manicure, potem... zostaję w salonie, bo przychodzą trzy prawdziwe Góralki. Wypisz wymaluj Lejdis z Gór. Były na filmie, poznały mnie (moja mama nareszcie jest dumna). W związku z tym otwierają szampana, żeby mnie ugościć, a potem idziemy do góralskiej knajpy. Górali nie ma, ale są Moje Lejdis i krewetki na stole. I opowieści o nas. Jestem w swoim żywiole. One opowiadają o swoim życiu w górach, ja o swoim w Warszawie.     Dramaturg dzwoni: „Idź do domu, proszę". Dobrze, że nie powiedział: „Zjeżdżaj". Ale mnie jest tak dobrze z moimi Góralkami, że wracam do pokoju o 1 w nocy. Totalnie zmęczona, jakbym zjeżdżała cały tydzień, ale warto było. Takie zjazdy lubię.
    Rano jestem załamana, że muszę jechać z Nadią na stok, bo ma lekcje z instruktorem. Na szczęście instruktor się nie pojawia. Zwiedzamy Karpacz. Po południu przybywa instruktor... Ma twarz, jakby przejechał po nim orczyk. „Miał pan wypadek?" pytam. „Nie" - uśmiecha się. Chyba jednak góral i chyba ten z piosenki, bo jak widać i on zaliczył zjazd.
    Wracam do Warszawy. Dramaturg czeka na dworcu z bukietem kwiatów. Takich polnych. Jak z gór. Stoi oparty o ruchome schody. Zupełnie, jak w piosence: „Lekko wsparłszy się przy sośnie, w oczy patrzył jej miłośnie"... Jestem Halką.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (39) | dodaj komentarz

piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  1 115 911  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Klara

O mnie

Iza Kuna- ur. 25.11.1970 rok w Tomaszowie Mazowieckim. Aktorka. Absolwentka Szkoły Filmowej w Łodzi. Od 17 lat związana z Teatrem Polskim w Warszawie. Gościnnie występuje w teatrach : Narodowym, Na Woli, Polonii. Występuje w serialu "Barwy Szczęścia"(TVP2)i serialu "Szpilki na Giewoncie" (TV Polsat).
Zagrała jedną z głównych ról w filmach: "Lejdis" i "Idealny facet dla mojej dziewczyny" w reż. Tomka Koneckiego oraz w filmach: "33 sceny z życia" w reż. Małgorzaty Szumowskiej, "Galerianki" w reż. Katarzyny Rosłaniec, "Jak to jest być moją matką" w reż. Norah McGettigan, "Miłość na wybiegu" w reż. Krzysztofa Langa, "Lincz" w reż. Krzysztofa Łukaszewicza oraz w filmie "Śniadanie do łóżka" w reż. Krzysztofa Langa. Współautorka scenariusza " Czwarta Godzina" - nagroda HBO za najlepszy scenariusz filmu sensacyjnego w konkursie Hartley Merril 2004.

Polecam

  • Film "Poważny człowiek" reż.Joel i Ethan Coen
  • Film "Niedźwiadek" reż.Jan Hrebejk
  • Film "Piękność w opałach" reż.Jan Hrebejk
  • Film "Wszyscy inni" reż.Maren Ade
  • Film "Dom zły" reż.Wojciech Smarzowski
  • Film "Spotkanie" reż.Tom McCarthy
  • Film "Annie Hall" reż.Woody Allen
  • Film "Vicky Cristina Barcelona" reż.Woody Allen
  • Wszystkie filmy Woody Allen'a
  • Wszystkie filmy Pedro Almodóvar'a
  • Film "Fanny i Aleksander" reż.Ingmar Bergman
  • Film "Wyspa" reż.Pavel Lungin
  • Spektakl "Opowiadania Singera" w Teatrze Narodowym
  • Spektakl "Krum" w Teatrze Rozmaitości
  • Spektakl "Tlen" w Teatrze Rozmaitości
  • Spektakl "Taniec Delhi" w Teatrze Narodowym
  • Spektakl "Persona.Marilyn" w Teatrze Dramatycznym
  • Książka "Dziedzictwo" Philipa Rotha
  • Książka "Gotland" Mariusza Szczygła
  • Książka "Dzienniki" Jarosława Iwaszkiewicza
  • Książka "Ocean morze" Alessandro Baricco
  • Książka "Spisek przeciwko Ameryce" Philipa Rotha
  • Książka "Po śniadaniu" Eustachego Rylskiego

    Subskrypcja

    Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

    Statystyki

    Odwiedziny: 1115911
    Wpisy
    • liczba: 119

    Lubię to

    Więcej w serwisach WP

    Wiadomości

    Pytamy.pl